butelka wina (0,75 l) to 7,5 porcji alkoholu, butelka wódki (0,5 l) to 17 porcji alkoholu. Ile jednostek alkoholu znajduje się w Twoim ulubionym trunku, przykłady . Pojedynczy mały kieliszek wódki * (25 ml, 40% alkoholu) 1 szt; Mały kieliszek czerwonego / białego / różowego wina (125 ml, 12% obj. Alkoholu) 1,5 jednostki
Właśnie mija rok od mojej decyzji, by żyć bez alkoholu. Wiem, że taki wybór może być dla wielu osób kontrowersyjny. Z mojej perspektywy jednak, kontrowersyjne jest picie, a nie nie-picie. Dlaczego? Do decyzji dojrzewałam dłuższy czas, ale gdy już postanowiłam, że spróbuję zupełnie odstawić alkohol, okazało się to łatwiejsze niż myślałam. Wynikało to ze zmian w stylu życia, które zaczęłam wprowadzać. Mimo, że jestem weganką od 2015 r., to mój sposób odżywiania nie należał do najzdrowszych, a aktywność fizyczna była na minimalnym poziomie. Zaczęłam od małych zmian: zadbałam o swoje zdrowie od strony medycznej, intensywnie zajęłam się moim Hashimoto. Jest to przewlekła choroba ogóloustrojowa, postanowiłam więc spróbować na różne sposoby pomóc mojemu organizmowi w walce z nią. Nazwałam ten proces „dobrym życiem”, a przestanie picia alkoholu jest jego elementem. Zmieniłam też miejsce zamieszkania: skończyłam studia i wyjechałam do Francji. Nagle wiele „okazji” do picia skończyło się. Przez ten rok miłam dwie małe wpadki z winem – w obu przypadkach nie dopiłam nawet kieliszka. Po prostu to już nie dla mnie. Nigdy, całe szczęście, nie miałam problemów z uzależnieniem od alkoholu. Byłam, tak uważam, „normalnie pijącą” osobą. Piłam w sytuacjach towarzyskich: podczas spotkań ze znajomymi, na wakacjach, świętując urodziny, rocznice, zakończenia roku lub po prostu w weekendy po ciężkim tygodniu. Ponadto w środowisku muzyków picie jest nieodłącznym elementem stylu życia (moim zdaniem). Myślę, że głównym tego powodem jest chęć zrelaksowania się po stresujących próbacha, lekcjach, egzaminach, koncertach. Jestem jednak pewna, że picie na rozluźnienie to nie tylko domena muzyków. Mimo, że wychowywałam się w domu, gdzie alkohol nie stał na stole, a jako dziecko nigdy nie widziałam moich rodziców pijanych, alkohol był obecny. Stał w barku, a potem gdy dorosłam – podczas przeróżnych okazji pojawiał się na stole. Zazwyczaj było to wino. Rodzina to jedno, ale środowisko w którym się obracamy to drugie. Na przestrzeni lat okazji do picia z równieśnikami nie brakowało. Nie przesadzę jeśli stwierdzę, że żyjemy w kraju, w którym alkohol jest oczywistym elementem życia. Jest wszędzie i zawsze. „Każda okazja jest dobra”, a i bez okazji też można. Drogie alkohole kojarzą się z prestiżem, świętowaniem ważnych momentów. Teraz patrzę na to jak na szaleństwo. Wcześniej – brałam w tym udział nieustannie! Obecnie jestem nastawiona do alkoholu negatywnie. Nie kryję się z tym. Uważam alkohol za truciznę powodującą więcej szkód niż pożytku, a jego szeroki dostęp – za problem, którym nikt nie chce się zająć. Alkohol powoduje szereg negatywnych następstw zdrowotnych, to wiemy wszyscy. Ale to co robi z naszym zdrowiem psychicznym, samoświadomością, relacjami – o tym nie chcemy otwarcie mówić. 20 powodów dlaczego nie piję: Nie chcę, nie mam takiej potrzeby – alkohol nie idzie w parze ze stylem życia, który świadomie wybrałam. Ze względu na zdrowie – nie chcę wlewać do swojego ciała toksycznych substancji. Lubię mieć kontrolę nad sobą: nad swoim ciałem, umysłem, czynami i słowami. Nie chcę by alkohol miał nade mną kontrolę. Po alkoholu zmienia się nasza świadomość. Wiele osób to lubi, ja nie. Chcę reprezentować siebie zawsze w 100%. Nie zgadzam się z tym, że po alkoholu pokazujemy swoje prawdziwe oblicze. To skrzywiona, smutna, wyolbrzymiona karykatura kogoś, kogo świadomość zmiania się pod wpływem toksycznych chemikaliów. Uważam alkohol za fałszywego przyjaciela – jeśli nie umiemy nawiązywać relacji bez alkoholu, to znaczy że coś nie działa tak jak należy. Chcę poznać prawdziwe osoby, a nie te w wersji „alkoholowej”, nawet jeśli „prawdziwa” wersja jest mniej pewna siebie, zabawna czy odważna. Nie chcę trwonić czasu na jałowe rozmowy przy alkoholu – one są odkrywcze tylko do momentu, aż wytrzeźwiejemy. Ponadto rozmowy po alkoholu często przechodzą w kłótnie. To strata pieniędzy. Alkohol jest drogi. Wolę je przeznaczyć na coś innego! Pijemy zazwyczaj wieczorami/w nocy. Ja wolę w nocy spać :) Strata czasu dnia następnego – kac, ogarnianie się do 16-tej, ból głowy itd. Alkohol jest kaloryczny. Mocne alkohole mi nie smakują, po piwie mam balon w brzuchu, a czerwone wino farbuje zęby ;) Mogę wrócić do domu samochodem lub rowerem bez stresu i wydawania pieniędzy na taksówki. Alkohol oddala nas od celu. Daje chwilową satysfakcję, ale przeszkadza w osiąganiu tego, na czym tak na prawdę nam zależy. Idziemy na „łatwiznę”, głupiejemy, tracimy dyscyplinę. Mam dosyć stereotypu Polaka-pijaka. Pierwsze skojarzenie z Polską za granicą? Wódka. Nie zgadzam się na tradycje, które zmuszają nas do obchodzenia uroczystości z alkoholem. Chcę brać odpowiedzialność za wszystko co robię – nie chcę zasłaniać się argumentem „bo to było po alkoholu”. Nie chcę mieć żenujących wspomnień lub „urwanych filmów”. Społeczną akceptację używania alkoholu uważam za dziwną i niebezpieczną. Umówiliśmy się, że alkohol jest legalny, jednocześnie zakazując narkotyków. Dla mnie – bzdura! Jeśli impreza jest nie do zniesienia bez alkoholu to znaczy, że nie jest dobrą imprezą, lepiej wrócić do domu. Widzę ile krzywd może wyrządzić człowiek po alkoholu – od kłótni, agresji, niszczenia mienia, po ryzykowne zachowania seksualne, przemoc, jazdę do pijaku itd. I wcale nie trzeba do tego pić dużo. Ćwiczę swoją silną wolę, samodyscyplinę. Abstynencja nie jest ograniczeniem, to uwolnienie się z ograniczeń. Rok bez alkoholu – wnioski Osobiście czuję się wspaniale nie pijąc alkoholu. Poza lepszym fizycznym samopoczuciem, czuję się też zdecydowanie lepiej psychicznie. Dzięki późniejszym zmianom w sposobie odżywiania i włączeniu aktywności fizycznej poprawiło się jeszcze więcej: waga zmalała, a ja mam lepszą kondycję fizyczną. Nie pić w sytuacjach towarzyskich jest mi stosunkowo łatwo. Na prywatne imprezy po prostu przychodzę ze swoim napojem (zazwyczaj smoothie lub woda z cytryną), w knajpach zamawiam herbaty lub napoje bezalkoholowe, a swoje 30-ste urodziny obchodziłam zupełnie bez alkoholu! Myślę, że część osób była tym faktem zdziwiona, ale w zaproszeniach zaznaczyłam, że będzie to spotkanie bez alkoholu i większość osób była na to przygotowana :) Nie miałam też sytuacji, że bardzo chciałam się napić, bo np. brakowało mi smaku piwa. Jeśli taką ochotę będę kiedyś mieć – kupię piwo bezalkoholowe! Nie spotkałam się z krzywymi spojrzeniami czy przykrymi komentarzami. Raczej wyrazami zdziwienia, ale osoby które już o mojej abstynencji wiedzą, traktują to neutralnie! Przy okazji podkreślam: nigdy nie namawiaj kogoś do picia! Czy abstynencja to nie przegięcie? Dlaczego nie pijesz „raz na jakiś czas”? Myślę, że można to porównać z jedzeniem mięsa, jeśli jesteś na diecie roślinnej to nie jesz mięsa od czasu do czasu, tylko nie jesz go w ogóle. Tak samo mam z alkoholem. Sama nie znam wiele niepijących osób – chciałabym to zmienić. Jeśli nie pijesz, napisz do mnie – blog@ – jestem ciekawa Twojej drogi! Warto posłuchać: youtuberzy i youtuberki o tym, dlaczego nie piją: Gonciarz MayaTheBee Paulina Mikuła Andrzej Tomicki
Alkohol, a mózg: jak trenować mózg do życia bez alkoholu. Wpływ alkoholu na organizm – początkowo możesz pomyśleć o swojej wątrobie, jeśli chodzi o alkohol, ale pamiętaj, że ma on również ogromny wpływ na Twój mózg. Dzisiaj przyjrzymy się w jaki sposób alkohol wpływa na mózg i jak go wytrenować, aby być wolnym od alkoholu.
Do 1 października trwają w moim życiu Dwa Miesiące Bez Alkoholu. Pierwsze takie ever. Zawsze pytacie mnie: po co się tak męczysz? Ano mam swoje powody. Ja i wódka Po pierwsze: wcale się nie męczę. Zakładanie, że wytrzymanie dwóch miesięcy bez alkoholu jest dla mnie jakąś męczarnią i wyrzeczeniem, jest błędne. Wiecie, że lubię alkohol, ale nie na tyle, żeby mieć problem z jego niepiciem. Przynajmniej na razie ;) Tak więc to chcę wyjaśnić na samym początku: to nie jest „męczenie się”. Jasne, jest to pewne wyrzeczenie. Wynika ono, co wiele razy Wam podkreślam, z faktu braku dobrych imprez w Warszawie. Gdy w stolicy były miejsca, gdzie można było poddać się muzyce i dać jej się nieść przez wiele godzin, nie potrzeba było alkoholu. I tak bawiłam się przez wiele, wiele lat. Aż nadszedł krach, dobre imprezy poszły w zapomnienie i zostało nam upajanie się wódką. Ale to inna historia. Miesiąc Bez Alkoholu to kultywowana przeze mnie doroczna tradycja. Staram się spędzić choć jeden miesiąc całkiem na trzeźwo. Zasadniczo po to, by sprawdzić, czy jeszcze potrafię. Jestem z rodziny, w której zdarzały się problemy z nadużywaniem alkoholu (zresztą kto w Polsce nie jest?), więc obawiam się, że mogę mieć genetyczne skłonności do tego, by nadużywać lub uzależnić się od alkoholu. Miesiąc to dla mnie czas, gdy mogę przekonać się, jak to ze mną jest. I bardzo lubię, jak w czasie takiego Miesiąca znajdzie się zawsze ktoś, kto namawia mnie na drinka czy dwa słowami: „nikomu nie powiem”. To nie chodzi o mówienie innym. W trakcie Miesiąca Bez Alkoholu nie chodzi o to, żeby pokazać innym, że nie piję. Chodzi o mnie. O udowodnienie sobie, że potrafię nie pić przez ten czas. Oczywiście, w miarę upływu czasu, do powodu – nazwijmy go – ideologicznego, doszły inne. Po pierwsze: dietetyczny. Nie ukrywam, że wódka ma dużo, dużo kalorii. Zwłaszcza jak pije się jej tyle, co piję ja. Za kołnierz nie wylewam, to fakt. Wieczorny drink to dla mnie tradycja. Jeden, dwa, czy trzy… Kiedyś stresowałem się tym, ale wówczas jeden z wykładowców Uniwersytetu Warszawskiego uspokajał mnie: „nie martw się – w Polsce cała klasa średnia tak pije”. No więc cóż… skoro aspiruję, to mam za swoje ;) Poza tym, czego nie sposób nie zauważyć, w ostatnim czasie przytyło mi się trochę, więc staram się jednak uważać na kalorie. A 40 ml wódki to około 100 kcal. Żadna impreza nie kończy się na 40 ml wódki, prawda? Po drugie: finansowy. Imprezowanie jest kosztowne. Zdałam sobie ostatnio z tego sprawę – wszak obchodziłam swoją tysięczną imprezę w stolicy. Załóżmy, że na każdej imprezie wydaję średnio 100 zł. To oznacza, że w ciągu tych lat w Warszawie, udało mi się przeimprezować sto tysięcy złotych. To niemało, prawda? A i to przy założeniu, że średnia wydana przeze mnie kwota to 100 peelenów na noc… Jak prawdziwe jest to założenie, ciężko powiedzieć. Zdarzały się imprezy, na których wydawałam 0 zł, a i takie, gdzie liczby były wielokrotnością stówki. Do tego dochodzą wszystkie „okołoimprezowe” wydatki. Taksówki, zniszczone buty, zgubione okulary, skradzione telefony, koszty leczenia angin i przeziębień… I tak dalej, i tak dalej. Po trzecie: zdrowotny. Związany z dietetycznym. No bo jednak alkohol osłabia odporność, prawda? A ja mam tendencję do łapania angin. W klubach zaś szkło myte jest… no, różnie ;) Więc wystarczy jeden czy dwa szoty z niedomytego kieliszka i migdałki załatwione. Poza tym, skoro staram się biegać i jeździć na rowerze oraz nie jeść po 17:00, to jednak nie pasuje do tego upijanie się, prawda? To wszystko decyduje o tym, że ja decyduję się na Miesiąc Bez Alkohlu. Dwa Miesiące Bez Alkoholu to jednak nowość. I muszę przyznać, że wyglądają one też nieco inaczej. Przede wszystkim, z racji tego, że zaliczyłam już Miesiąc Bez Alkoholu w tym roku, to pozwalam sobie na więcej. W trakcie tych Dwóch Miesięcy, zdarzyły się trzy bardzo wyjątkowe okazje, kiedy nie mogłam sobie odpuścić. Co do zasady bowiem, w trakcie Miesiąca Bez Alkoholu namawiacie mnie na picie, bo są urodziny, imieniny, parapektówka czy inna okazja. Bez urazy, ale to za mało. Urodziny, imieniny i parapektówka będą także za rok, za dwa i za lat pięć. Ale w trakcie Dwóch Miesięcy zdarzyło się coś, co nie powtarza się tak często. Po pierwsze: moja najprawdopodobniej ostatnia wizyta we Władysławowie w restauracji Marcinka. Oto bowiem okazuje się, że najpewniej więcej już nie będę miała okazji być tam kelnerką/barmanką. Po kilku latach zabawa się skończyła. Więc pożegnania nadszedł czas w tym roku. Okazja nie do powtórzenia za rok, dwa czy pięć. Drugą okazją był mój powrót na przegląd teatralny Bramat w moim rodzinnym mieście. Jakieś 10 lat temu rozstałem się z tym wydarzeniem, z którym związana byłam przez kilka lat od strony dziennikarskiej najbliżej jak się da. W tym roku przypomniano sobie o mnie, dyrektor artystyczny zaprosił mnie do odtworzenia tego, co działo się te 10 lat temu. Okazja nie do powtórzenia… No i ostatnie wydarzenie: #1000party. Tutaj nie ma wątpliwości, że musiałam się napić. Z tego powodu załatwiłem sobie nawet dyspensę od biskupa – żeby podkreślić, że to naprawdę wyjątkowe wydarzenie, planowane od bardzo dawna i wyczekiwane przeze mnie. Tak więc te Dwa Miesiące Bez Alkoholu są jednak trochę inne. I nie ukrywam, że tym razem powód był głównie finansowy. Tak się bowiem złożyło, że jakiś czas przed rozpoczęciem, miałam nieplanowane spore wydatki. I spowodowało to konieczność znacznego wykorzystania kredytu odnawialnego, jaki mam przy koncie bankowym. Więc jedynym sposobem na odbicie się, jaki wpadł mi do głowy, było jednak oszczędzenie na piciu… Bo jednak wydawane przeze mnie na alkohol i imprezy miesięcznie kwoty są spore. Dwa Miesiące wydawały się dobrym sposobem. I nawet, gdy folgowałam sobie w wymienionych sytuacjach, to wydatki moje były zerowe lub prawie zerowe. I przyznam, że co do zasady: sprawdziło się, udało się. Ale… Pojawia się małe „ale”, oczywiście. Bo #1000party za darmo się nie zrobiło. Od takich drobnostek jak wydrukowanie zaproszeń, czy plastikowych kubków z logotypem imprezy, to jednak koszta, koszta. I po zsumowaniu małych kwot, wyszło na to, że jednak ostateczny wynik Dwóch Miesięcy Bez Alkoholu nie będzie taki pozytywny. Nic to jednak, nie poddaję się i wierzę, że dzięki pewnym innym działaniom, wyjdę na swoje. 1 października kończą się moje Dwa Miesiące Bez Alkoholu. To znaczy, że najbliższy weekend przede mną jeszcze na trzeźwo. A potem… potem pewno powoli wejdę w swój stały rytm. I tak, jak znam życie, do maja. Bo wówczas znów zacznę Miesiąc Bez Alkoholu. Do czego i was zachęcam.
.